lawirowaliśmy na wschody-zachody po opuszczonych piaskach
ginęliśmy gdzieniegdzie nadaremnie głodni w milczenie
budził cię mój głos
ten sam.. bezszelestny
bałeś się
dźwięcznego doznania
uparcie chowałeś mnie na dnie ciężkiego serca
a kiedy słońce zasłaniał księżyc wracałeś
całowałeś mą nagość bez tchu zostawiając na bladym ciele owoc grzechu
plątaliśmy się na wzajem nie patrząc w zachrypnięte oczy z których nieme szlochania bezlitośnie wypływały nieraz
a kiedyż zimne powietrze ocierało o nieugaszony głód wieczystej tęsknoty strącaliśmy niedawne cisze
noc przyświecała zakurzone dłonie z których wypadały niepoważne karty, a mdły zapach rozszalałych snów budził nas na nowo
niezgrabnie potasowane bezzwłocznie rozdałam
zbyt prosty popełniłam błąd
który dusił głośne sumienie
przybiegłam jak po wódkę niestosownie ubrana
bo błyszczałam odważnie zakłamanym występkiem chowając pod ciemnym płaszczem nieskończoną powagę miłości
prędko zrzuciłam z siebie donośne łzy
któreś zgasił szarym popiołem
nienasycony ultramaryną księżyc wybijał północy
Alecest grał z Morfeuszem przy gołych gwiazdach
obrał też z ciebie resztki.. wyrzutów
zachłyśnięty żelaznym oceanem między ciszą a hałasem spoglądałeś grzesznie na moje niezrównoważone wargi
raz jeszcze
namiętnie
hipnotyzujące melodie ukradły nam ostatni taniec
natknięty o żale tangiem krzyczałeś
kończąc na szyji
z furią odkryłeś złaknione ramiona
Bóg czas przepadł skrycie
szeleszczącą falą wykołysał nas na dno
nie-trzeźwi w opactwa niebieskie bawiliśmy opętane chaosem zmysły
aż rozmemłanymi włosami owinęłam twoje surowe ciało
"niech moje myśli giną w płonącym horyzoncie" szepnęłam